Siedzę w domu, za oknem leje, jest zimno, ponuro, mi jest zimno, ponuro trochę też, i tak sobie myślę, że jako nacja mamy trochę pecha. Dlaczego potencjalnie radosne święto jakim jest Dzień Niepodległości, musiało akurat wypaść w listopadzie, najbardziej paskudnym miesiącu w roku!? Amerykanie mają swojego 4 lipca, mogą zatem umówić się z ziomalami na grilla i piwo i poświętować w temperaturze co najmniej pokojowej na dworzu, gdzie jasno będzie do 21:00. A w Polsce o trzeciej po południu robi się ciemno, więc czaimy się w chatach i blokach, z flaszką albo i bez, z utęsknieniem wyglądając co najmniej maja.
PS: komuniści mieli więcej farta: 1 maja, 22 lipca. Tylko Rewolucja Październikowa głupio wypadła :-)








